Kto z kim spoczywał w grobie w późnej epoce wikingów i wczesnym średniowieczu?
Groby zbiorowe ze średniowiecznej Szwecji od dawna intrygowały archeologów. Kim byli ludzie złożeni razem w jednej jamie grobowej. Czy to matka z dzieckiem? Rodzeństwo? A może po prostu sąsiedzi, którzy zmarli w tym samym czasie? Przez dekady odpowiedzi szukano w przedmiotach, wyposażeniu grobów. Problem w tym, że groby wczesnochrześcijańskie – a to właśnie one interesują autorów pracy opublikowanej w Science Advances – takich przedmiotów w zasadzie nie zawierają. Nowa wiara nakazywała chować zmarłych bez wyposażenia, w prostym całunie, twarzą ku wschodowi. Jedynym świadkiem pozostawał sam szkielet.
Cechy, po których antropolodzy rozpoznają kobietę i mężczyznę w szkielecie dorosłym, kształtują się dopiero w okresie dojrzewania. Dziecko sprzed piętnastego roku życia nie zdradza swojej płci biologicznej żadnym widocznym śladem w kościach. To dlatego dzieci od zawsze wypadały z badań nad rolami płciowymi w przeszłości – nie brakowało ich w grobach, brakowało metody, by je „zobaczyć”.
Zespół kierowany przez Maję Krzewińską ze Sztokholmu postanowił poszukać odpowiedzi w genomie. Przebadano DNA 142 osób z trzech stanowisk: Fjälkinge, Sigtuny i Västerhus, obejmujących okres od późnej epoki wikingów po wczesne średniowiecze. Wśród nich było 68 dzieci. Dzięki sekwencjonowaniu dało się nie tylko ustalić płeć każdej osoby, ale też sprawdzić, czy osoby pochowane w tym samym grobie były ze sobą spokrewnione.
Intuicja podpowiada, że we wspólnym pochówku spoczywa najbliższa rodzina, rodzic z dzieckiem, rodzeństwo. Tymczasem analiza genomów pokazała coś przeciwnego. Wśród grobów zbiorowych, w których udało się przebadać DNA co najmniej dwojga osób, bliskie pokrewieństwo pierwszego stopnia stwierdzono zaledwie w kilkunastu procentach przypadków – w Västerhus 12%, w Sigtunie podobnie. Dorośli i dzieci leżący obok siebie w ziemi najczęściej nie byli sobie bliscy.
Co zatem ich łączyło? Autorzy wskazują na sieć relacji szerszą niż rodzina nuklearna: dalsze pokrewieństwo, wspólne gospodarstwo domowe, przynależność do tej samej lokalnej wspólnoty. W skandynawskim średniowieczu do domu należeli nie tylko krewni, ale i służba, wychowankowie oddani innym rodzinom, a nawet dzieci z nieformalnych związków, które mimo wszystko mogły dziedziczyć. Kościelna definicja pokrewieństwa nakładała się na tę tkankę społeczną i to ona, a nie sama biologia, zdaje się organizować przestrzeń cmentarza.
Drugie odkrycie dotyczy przestrzeni. Średniowieczne prawo Eidsivathing nakazywało chować kobiety po północnej stronie kościoła, mężczyzn po południowej. Badanie pokazuje, że ta zasada obejmowała również dzieci i to od najmłodszych lat. Chłopcy spoczywali po stronie mężczyzn, dziewczynki po stronie kobiet, tak jakby przynależność płciowa decydowała o miejscu w cmentarnym porządku, zanim dziecko zdążyło cokolwiek uczynić, by na taką czy inną tożsamość „zasłużyć”.
Od tej zasady były jednak wyjątki. Cztery niemowlęta płci żeńskiej znaleziono po „męskiej” stronie cmentarza, pochowane wśród dorosłych mężczyzn. Badacze ostrożnie przypuszczają, że mogły to być dzieci nieochrzczone – formalnie niedopuszczone do ziemi poświęconej, a jednak nie odsunięte całkowicie poza nawias wspólnoty, tylko umieszczone gdzieś na jej granicy.
Jednym z bardziej interesujących grobów jest pochówek kobiety, która zmarła przed 30. rokiem życia, a wraz z nią złożono muszlę przegrzebka. To nie przypadek i nie ozdoba. Taka muszla była w średniowieczu rozpoznawalnym znakiem pielgrzyma, który dotarł do Santiago de Compostela, jednego z najdalszych zakątków ówczesnego chrześcijańskiego świata. Kobieta ta, jak się okazuje dzięki analizie DNA, należała do rozległego rodu. Na cmentarzu znaleziono – między innymi – jej rodziców, brata i dwie córki. Członkowie tej rodziny chowani byli blisko kościoła, w miejscu zarezerwowanym dla ludzi o wysokiej pozycji.
Praca pokazuje więc coś więcej niż tylko techniczny postęp w metodach określania płci szkieletów. Zmienia sposób patrzenia na sam pochówek zbiorowy. Widzieć w nim nie dowód więzi krwi, lecz ślad wspólnoty ludzi połączonych czymś szerszym niż rodzina w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. A dzieci, dotąd niewidzialne dla nauki, były pełnoprawnymi uczestnikami tego porządku, a nie osobną kategorią ludzi.



Komentarze (0)