Zaskakujące wyniki badania różnorodności genetycznej neandertalczyków z północy Europy
Zespół z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maxa Plancka w Lipsku – w tym Alba Bossoms Mesa, Benjamin M. Peter, Mateja Hajdinajk oraz Svante Pääbo – we współpracy z naukowcami ze Szwecji, Belgii, Danii, Holandii, Francji i USA, opublikował w Nature wyniki analizy DNA 27 neandertalczyków sprzed 40–52 tysięcy lat. Oprócz kości ze Spy znalazły się tam szczątki znalezione w jaskiniach Goyet, Engis czy Trou Margerite. To największy jak dotąd zbiór danych genetycznych z jednego regionu Europy w tak wąskim oknie czasowym.
Dolina Mozy była dla neandertalczyków czymś w rodzaju węzła geograficznego. Zagęszczenie stanowisk jest tu wyjątkowe. Naukowcy zsekwencjonowali między innymi genom osobnika z Goyet o zadziwiająco dobrze zachowanym DNA (aż 22-krotne pokrycie genomu – piąty tak wysokiej jakości genom neandertalski w historii badań). Nazwali go GN1.
Wyniki analizy pokrewieństwa były zaskakujące. Osobnicy, których udało się zidentyfikować, nie byli ze sobą blisko spokrewnieni na żadnym ze stanowisk. Blisko, czyli do 3. stopnia pokrewieństwa, bo taka jest czułość wykorzystanej metody.
To o tyle istotne, że w innej dobrze zbadanej populacji – u neandertalczyków z syberyjskiej jaskini Czagyrskiej, w której odkryto najstarszy przypadek leczenia próchnicy – naukowcy znaleźli wyraźne ślady kazirodztwa i bliskiego pokrewieństwa, świadczące o życiu w małych, izolowanych, wsobnych grupach. W Dolinie Mozy takich sygnałów nie ma. Wręcz przeciwnie, genomy wskazują na większą, lepiej połączoną sieć populacyjną, w której dochodziło do wymiany partnerów między odległymi grupami.
To subtelna, ale ważna korekta obrazu neandertalczyka jako istoty żyjącej w niewielkich, zamkniętych klanach, skazanych na powolne genetyczne wyniszczenie przez endogamię.
Wśród badanych osobników znalazł się także ktoś wyjątkowy. Okazało się, że DNA neandertalczyka z Couvin należy do odrębnej linii genetycznej, tej samej, do której należy słynny Thorin z francuskiej jaskini Mandrin, osobnik żyjący w niemal całkowitej izolacji genetycznej przez tysiące lat. Odkrycie kolejnego przedstawiciela tej linii w Belgii sugeruje, że nie była to jednostkowa anomalia, lecz odrębna, prawdopodobnie szerzej rozproszona populacja, współistniejąca z innymi grupami neandertalskimi aż do samego końca.
Niezwykle intrygujące jest też to, czego nie znaleziono. Neandertalczycy z Doliny Mozy żyli w czasie, gdy w Europie pojawiali się już pierwsi Homo sapiens. Można by się spodziewać śladów krzyżowania, takich jak znalezione u wczesnych ludzi współczesnych, którzy mieli neandertalskich przodków zaledwie kilka–kilkanaście pokoleń wcześniej. Tymczasem żaden z badanych genomów neandertalskich nie wykazuje niedawnego napływu DNA Homo sapiens. Fragmenty, które mogłyby na to wskazywać, są zbyt krótkie i zbyt stare, to raczej echo dużo wcześniejszych kontaktów niż dowód spotkania na progu wymarcia.
Ta asymetria – geny neandertalskie płynące w stronę ludzi, ale nie odwrotnie – to jedna z większych zagadek naszej wspólnej historii. Możliwe wyjaśnienia sięgają od demografii (populacje sapiens szybko rosły, wchłaniając nieliczne domieszki neandertalskie) po wybory partnerskie, los potomstwa mieszanych par, różnice w powodzeniu reprodukcyjnym.
Badacze przetestowali też jedną z popularnych hipotez wymierania neandertalczyków, że gatunek ten stopniowo degenerował się genetycznie, akumulując szkodliwe mutacje w malejących, coraz bardziej izolowanych populacjach. Dane z Doliny Mozy tej hipotezy nie potwierdzają. Obciążenie genetyczne nie rosło z czasem, a różnorodność genetyczna pozostawała stabilna aż do końca.



Komentarze (0)